LifeStyle

Bo do tanga trzeba „dwójki”… ale czy na pewno???

duklanowski dwójka maraton
Napisane przez Hubert Duklanowski

Szukacie nowych rozwiązań, butów, skarpet kompresyjnych, magicznych zegarków, żeli, napoi izotonicznych, a zapominacie o najważniejszym elemencie każdego maratonu: o koncentracji.

W głowie (nie w nogach!), czyli w centrum dowodzenia każdego maratończyka zachodzą najważniejsze procesy, które decydują o powodzeniu lub porażce podczas zawodów, a przez 42 km i 195 metrów naprawdę jest o czym myśleć. Nie można na chwilę zapomnieć, że stając na starcie maratonu zdecydowaliśmy się na igraszki z ogniem. Najmniejszy błąd bowiem, zlekceważenie dystansu, nawet nieumyślne, sprowadzi do parteru najbardziej wytrawnego Leminga i zagoni go w ciemny maratoński zaułek. Tu zabawa się kończy, a zaczynają schody.

Radość jest ważna, ale…

Wystarczy, że się zagadamy, ktoś do nas machnie ręką, podbiegniemy po kubek z wodą, albo stracimy czas na zbyt długie otwieranie żelu energetycznego. Nawet 44- krotne wciskanie zegarka, pierwszy klik- Start, 42 kliknięcia – lapy na poszczególnych kilometrach, ostatni klik- Stop, czyli Meta (najbardziej upragniony klik, klik nad klikami). I wszyscy, którym uda się wcisnąć 44 razy guzik w swoim zegarku są szczęściarzami- bo wygrani Ci, którym udało się osiągnąć metę na własnych nogach, ale o tym później. Wszystkie wymienione czynniki mogą zaburzyć naszą koncentrację, a na to nie możemy sobie pozwolić.

… koncentracja jest najważniejsza

Wróćmy do tematu. Uśmiechy na twarzach zaczynają mimowolnie zanikać po 20-25 kilometrze wysiłku. Dopiero po tym dystansie widać pełne skupienie, którego próżno było szukać na początku dystansu maratońskiego! Dlaczego…? Już odpowiadam: Szukacie nowych rozwiązań, butów, skarpet kompresyjnych, magicznych zegarków, żeli, napoi izotonicznych , a zapominacie o najważniejszym, a mianowicie o koncentracji na zadaniu. Mnie bardzo przeszkadza ciągłe gadanie, bo jeszcze raz podkreślam: koncentracja i rytm muszą być, bo bezmyślnie utracona energia nie wróci w dalszej części dystansu. Ja wiem, że trzeba się bawić i dowcipkować na biegu, ale proponowałbym fetowanie i zabawę przełożyć na czas po przekroczeniu linii mety.

Wydarzyło się podczas ORLEN WARSAW MARATHON

Wystartowaliśmy, w podyktowanym przez mnie tempie 3:30-3:29/km. Za plecami biegła grupka znajomych i nowych znajomych, bo jak już wspomniałem podczas kilku godzin można zawierać, a nawet trzeba znajomości ze sportowcami i kibicami. Bez nich, maraton jest jak dobra książka z powyrywanymi stronami. Po chwili prowadziłem grupę w tempie 2:28/km. Biegła z nami Iwona Lewandowska, którą wspierał na trasie „Fudżi”. Niestety za dużo gadał i w ten sposób rozpraszał wszystkich dookoła i zwyczajnie marnował siły. Skończyło się tragicznie, bo Iwona dobiegła sama i choć zdobyła Mistrzostwo Polski, nie uzyskała niestety minimum na Mistrzostwa Europy w Zurychu. A było tak blisko…

Przestań gadać, skoncentruj się

Po 14 kilometrze elita kobiet lekko zaczęła odstawać. Ja biegłem wytyczonym tempem 3:30/km i tego się trzymałem. W zasięgu wzroku zostało tylko dwóch zawodników, a po 27 kilometrze już tylko jeden. Czułem duży luz, pracowałem jak w transie, byłem po drugim żelu, ale niestety mało piłem -te świństwa (mam na myśli żele) strasznie mnie wytrącają z rytmu – pochłaniałem je chyba tylko dla idei, bo moc tego dnia miałem ogromną. Praca serca idealna: 165/167 ud/min, gdzie na treningach osiągałem 175/178 ud/min na tych samych prędkościach. W doskonałej dyspozycji pokonałem 34 kilometry, po drodze mignął jakże znajomy Park Łazienkowski. Czułem się znakomicie, nawet kolka jak szybko się pojawiła, tak szybko znikła.

Niezapowiedziany gość

Nagle, kompletnie niezapowiedziany pojawił się ból w mięśniu. Musiałem zwolnić, a przecież miałem zwiększać tempo! Zostałem sam, bo Grajcar utrzymując tempo uciekł mi na 50-60 metrów.
Minąłem 38 kilometr i zbliżając się do Szpitala na Solcu, pewien, że nic tego dnia mnie nie zaskoczy… a jednak „dwójka” krzyczy: Hubert do domu!!! i zostałem zmuszony do zejścia z trasy. Zawiódł mięsień dwugłowy i do tej pory nie mam pojęcia dlaczego. Byłem doskonale przygotowany, czułem się świetnie, żadnego kryzysu podczas biegu, nogi silne a oddech jak podczas wybiegania …

Meta w biznes class

Tak dotarłem do mety – ostatnie 3 kilometry na 4-kółkach w limuzynie , z butami za szybą, bo miały chęć złapać troszkę tlenu który został im ograniczony ciągłym dociskaniem do asfaltu. Bartku* następnym razem będę biegł ze swoim nazwiskiem na obuwiu, żebyś nie miał wątpliwości. Docierając do mety zauważyłem, że moja „dwójka” zatrzymała zegar (prowadzący pierwszą kobietę) na 2:22:22- czyżby to prognostyk, a może informacja od mięśnia, że gdybym dobiegł w takim czasie nie robiłby problemów. Sprawdzę następnym razem, obiecuję.

To, co najważniejsze

Nieobliczalny, zdradziecki, intrygujący- taki jest właśnie maraton. Nieprzewidywalny, jak każdy kolejny dzień naszego życia. Dlatego cieszcie się tym, że możecie biegać, że jesteście zdrowi, że możecie się zmęczyć i poczuć ten euforyczny stan po biegu. Wynik jest ważny ale nie najważniejszy – liczy się radość ze ścigania. Ja przynajmniej tak mam.
Podsumowując okres 9-tygodni treningów, dwa starty: 1/2 maratonu Wiązowna i Orlen Warsaw Marathon, mogę uznać za bardzo udany. Dobry prognostyk na maraton jesienny.
Gratuluję wszystkim wyników i do zobaczenia na trasach biegów w dalszej części roku.

 

*Olszewski Bartosz

O autorze

Hubert Duklanowski

Wielki pasjonat i popularyzator biegania. Zawodnik i jeden z najlepszych trenerów młodego pokolenia specjalizujących się w wyczynowym bieganiu. Trener lekkiej atletyki, piłki nożnej i instruktor tenisa ziemnego. Absolwent Akademii Wychowania Fizycznego Józefa Piłsudskiego w Warszawie. Hobby: kino sensacyjne i kuchnia włoska.